Morze było tego ranka koloru cyny i śpiewało przez cały czas, gdy szłam. Nie głośno. Tak, jak nuci się dziecku, nie do końca świadomie — pół piosenki, urywającej się i podejmowanej na nowo.
Wróciłam z kieszenią pełną kamyków i jednym kawałkiem szkła z morza, wygładzonym, w kolorze fali tuż przed załamaniem — tej bladej, butelkowej zieleni, która jest niemal szarością i dokładnie kolorem spokoju.
Jest teraz w jednej ze sztuk, ten okruch szkła, ujęty w cienką pętlę srebra, żeby wciąż mógł łapać światło. Kiedy go noszę, słyszę ten poranek na nowo.
To właściwie wszystko, czym jest ta marka: sposób na zachowanie małych poranków i przekazanie ich Tobie. Każdy kamień wrócił skądś cichego.